|
|
|
Świadectwa
S. Ryta Ludwika Pawlak odeszła do domu Ojca>>>
Być misjonarką
"Co to znaczy być misjonarką?" Często zadawałyśmy sobie to pytanie, a tym bardziej po wstąpieniu do Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny. Niedawno nadarzyła się okazja, by w pełni poczuć ducha tego powołania. Razem z s. Beniaminą, s. Kamilą i s. Walerią udałyśmy się do Lelczyc ( miasto oddalone ok. 350 km od Baranowicz na gomelszczyznie). Jest to jeden z najbardziej skażonych zakątków Białorusi po awarii w Czernobylu. Proboszcz parafii- 67 letni kapłan - Pallotyn, tak serdecznie nas zapraszał, ze trudno było odmówić. Prosił "Przyjeżdżajcie, niech ci ludzie tez mają szczęście zobaczyć siostry i pomodlić się razem z Wami". Parafia O. Włodzimierza bardzo rozległa, 200 km na 150 km. Dużo wiosek odległych nawet po kilkadziesiąt kilometrów od siebie. Wiedziałyśmy, ze na trasie naszej wyprawy spotkamy przede wszystkim ludzi starszych. Wyjechałyśmy na 5 dni. Najważniejszą. misjonarką wśród nas była oczywiście Bolesława Lament, której relikwie zabrałyśmy ze sobą. Przejechałyśmy 220 km i pojawiła się tablica z napisem "Lawgoszcze". Tutaj umówiłyśmy się z o.Włodzimierzem i mieszkańcami wioski. Z daleka zauważyłyśmy małą wioseczkę. Szare, stare domy nie wyglądały zachwycająco. Zatrzymałyśmy się obok krzyża w środku wioski. Księdza jeszcze nie było. Na progu pobliskiego domu pojawiła się 85- letnia babcia i nieśmiało zaprosiła nas do środka. To był pierwszy "domowy kościół" gdzie zebrali się staruszkowie. Powitali nas, a potem usłyszałyśmy: "w końcu doczekaliśmy się". Serca nam zadrżały zrozumiałyśmy jak bardzo nas oczekiwali i potrzebowali wsparcia w swojej niedoli. W planie każdego naszego dnia były cztery spotkania z ludźmi i cztery Msze św. Dwie w Lelczycach i dwie na wioskach. Opowiadałyśmy ludziom ? naszym powołaniu i pracy. Przedstawiałyśmy życie naszej bł. Założycielki i charyzmat Zgromadzenia, z miłością wysłuchaliśmy ich problemów i prosiliśmy, by modlili się ? nowe powołania zakonne. Parafianie z Lelczyc z wielkim szacunkiem całowali relikwie bł. Bolesnawy i z wiarą zanosili prośby za jej pośrednictwem. Widać było, ze przyjęli ją za swoja św. Patronkę. Zadziwiała nas ich otwartość.
W Lelczycach nie było wówczas systematycznej katechezy.
Dzieci, młodzież i rodzice tak szybko zaprzyjaźnili się z nami, że chętnie zostałybyśmy tam na stałe. Przychodziło ich coraz więcej, z radością słuchali naszych słów i śpiewali pieśni. Nikomu nie śpieszyło się do domu, nam też nie łatwo było się z nimi rozstawać, bo pragnęli Boga, jak ryby wody.
Wioski zamieszkiwane są prawie wyłącznie przez ludzi starszych. Na spotkanie i Mszy św. przychodziło ok. 20 osób.
W wiosce Zmurnaje spotkałyśmy 64-letnie bliźniaczki. Bardzo ceniły Mszę św. i spotkanie z Jezusem Eucharystycznym. W niedzielę chodziły do kościoła pieszo 12 kl.
Jedna z odwiedzanych przez nas wiosek leży przy samej granicy z Ukrainą. Stamtąd do Czernobyla już tylko 200 km. Wiele domów stało pustych rozwalonych. Gospodarze, którzy gościnnie przyjmowali nas w swoim domu, opowiadali, że było tam 170 zabudowań, zostało ok. 40. Po wybuchu w Czernobylu, całą wioskę ewakuowano, ale oni zostali , bo tu na cmentarzu pochowany ich syn. Przyzwyczaili się do swoich rodzinnych stron i twierdzili, że lepiej tutaj umrzeć niż błąkać się po kraju. " Jest nam tutaj dobrze - twierdzili - wielu naszych ludzi wyjechało i znów wróciło". Rzeczywiście w całej wiosce panował dziwny spokój, a ludzie wyglądali na zadowolonych. Wspólne nieszczęście zjednoczyło ich i nauczyło wzajemnej odpowiedzialności.
Ostatni punkt naszej wyprawy to miasteczko Zytkowicze. Tutaj zaczęto budować kościół i ludzie z niecierpliwością czekają na dzień, kiedy zaczną się modlić w nowym kościele. Przejeżdżając ulicami miasta patrzyłyśmy na "potok" ludzi, którzy nigdzie się nie śpieszyli. Sprawiali wrażenie , że nie wiedzą dokąd idą.
W mieszkaniu na parterze zebrało się kilkanaście osób. Patrzyłyśmy na nich a jednocześnie nie mogłyśmy zapomnieć "zagubionych tłumów", które dopiero mijałyśmy. Nie mamy kościoła - skarżyli się- tutaj za ciasno i wielu nie chce przychodzić do domu. Czekamy..." Ale tak naprawdę tym ludziom ciągle jeszcze brakuje człowieka, który pokazałby drogę do Boga.
Na zakończenie chciałoby się przytoczyć słowa powiedziane przez mężczyznę z Lelczyc. Śpiewałyśmy z dziećmi o mędrcu, który zbudował swój dom na skale, siostra tłumaczyła, że tą skałą jest Chrystus. Wtedy mężczyzna siedzący w środku kościoła krzyknął: " Jeśli będziecie do nas częściej przyjeżdżali nasz dom się nie rozpadnie".
Kiedy odjeżdżaliśmy z Lelczyc pomyślałyśmy - jaka tu pustynia, nie trzeba jechać do Afryki, bo tu na naszej ziemi tak wielkie tereny misyjne.
Wróciłyśmy do domu, ile wrażeń zostało w naszych sercach i myślę, że każda z nas głębiej zrozumiała co znaczy być misjonarką i jak bardzo ludzie czekają, by pomóc im zbudować dom swego życia na Bogu.
I wciąż nam się marzą misje w Lelczycach. Tak bardzo chciałoby się tych ludzi przyprowadzić do Kościoła. Jak mówią u nas na Białorusi " Daj Bog".
S. Aleksandra Rybałtowska.
S. Ryta Ludwika Pawlak odeszła do domu Ojca>>>
|
|